O tym jak wszystko dzieje się z jakiegoś powodu.
Anne i Derick'a poznałam w pracy. Byli jak dwie papużki nierozłączki. Małżeństwo z młodym stażem. Kiedy ona brała wolne, to on z nią. Coś czuję, że był zaborczo o nią zazdrosny, ale nigdy nie pytałam. To w sumie nie moja sprawa, choć dochodziły mnie słuchy, że potrafili nieźle się pokłócić. Jednak lubiłam ich. Ją bo byłą zabawna i charakterna. On podobnie - trafił swój na swego.
Któregoś dnia pracowałam z nią i po prostu zaczęła się przede mną otwierać. Zaczęło się od mojego imienia.
- Lubię twoje imię - zaczęła. - Dobrze mi się kojarzy. - ciągnęła jakby trochę niepewnie czy może dalej, czy raczej nie powinna.
- Serio? Ja tak średnio. Często słyszę je gdzieś na mieście. Jak matki krzyczą do dzieciaków i trochę mnie to wkurza, bo nie wiem czy to do mnie, czy koło mnie.
- Lubię to imię, bo... - zawisła chwilowa cisza - ... bo moja córka miała tak na imię. - Zdębiałam. Myślę, że byłam jedną z nielicznych osób, które znały tą historie. Anne była aktualnie w ciąży i to zaawansowanej. Z tego co mi było wiadomo miała urodzić chłopca. I gdzie tu "A..." jako imię dla chłopca? Ale zanim przejdę dalej, czy to nie okropne, że ktoś wyjawił mi swoją skrywaną tajemnicę, a ja ja od tak publikuję teraz jako interesujący materiał na fragment opowiadania? Czuję, że postępuję trochę nie okej - przejdzie mi za jakiś czas.
Anne zaczęła wylewać z siebie coś co widocznie długo jej ciążyło. Miałam wrażenie po usłyszeniu tej historii, że musiała się komuś z tego wygadać bo ją bardzo uwierało tam w sercu. Pewnie Derick już nie był dobrą osobą, której mogła opowiedzieć to na nowo.
Jej historia jest bardzo ciekawa i kiedy ją usłyszałam, szczerze zwątpiłam czy to prawda ponieważ zabrzmiało to jak fragment nierealistycznej opowieści. Ale życie na prawdę pisze dobre scenariusze - znam to z autopsji.
Nasza bohaterka pochodziła z domu dziecka. Pozostawiona przez matkę razem z jeszcze trójką rodzeństwa: dwie siostry i brat. Tam poznała chłopaka, w którym była zakochana. Zaciążyła w młodym wieku i szybko musiała wydorośleć. Z resztą dom dziecka myślę dał jej lekcję dorosłości już wcześniej. Jak to mi opisała : "No i urodziłam najpierw jedno dziecko, później drugie i trzecie. I żyliśmy tak sobie." - pamiętam, że przy tych słowach westchnęła. Czułam jej smutek kiedy wyrzucała z siebie ten ciężar. - Hej jeśli nie chcesz mi mówić, to nie mów. - rzuciłam. Byłam ciekawa, wy byście nie byli? Ale wiedziałam, że temat jest ciężki. Wiedziałam też, że choć opowie mi o tym wszystkim nie będę mogła nic powiedzieć. Nic po za jakimiś głupimi słowami pocieszenia typu "to smutne" czy "Przykra sprawa", bo co innego możesz powiedzieć osobie, która przeszła coś takiego. No właśnie przejdźmy dalej...






